Praktyka wdzięczności jest jedna z trudniejszych, a jednocześnie wyjątkowo leczących praktyk. Pozwoliła mi dotrzeć do głębokiego kontaktu z miłością. Mam w związku z tym wyjątkowe wspomnienia związane z moją mamą. W moim wypadku istotne znaczenie miało przejście poprzez kontakt z dziecięcymi krzywdami, opłakanie ich i uwolnienie. Pozbycie sie bagażu zranień doprowadzilo mnie do uwolnienia i odwagi w odsłonięciu swoich słabości. Bo właśnie za te kilka momentów słabości, gdy mogłam doświadczyć autentycznej obecności matki w moim życiu, byłam jej wdzięczna.

Może się mylę, ale ominięcie tego procesu może być jak przycinanie zielonych listków perzu. Ten niepozorny chwast przypominający trawę, ma w ziemi gęste kędziory trudne do wytępienia.

Nie moge się powstrzymać od rozbawienia, kiedy czytałam o “prawie wdzięczności” Susan Jeffers za to, że mąż nie opuszcza deski sedesowej. “Śpiewać każdy może trochę lepiej lub troche gorzej….”

Mój bliski miał nieprzyjemny dla mnie zwyczaj rzucania na kaloryfer mokrych ściereczek. Upychał je w postaci zwiniętego gałgana i tak suszył. Ilekroć mój wzrok padał na skłębione szmaty, odczuwałam ścisk w żołądku, co najmniej jakbym zaliczyła cios w splot słoneczny. Moja potrzeba piękna była niezwykle frustrowana.

W tej sprawie wypraktykowałam wszystkie rodzaje komunikacji. Od negocjaji do złośliwości i wściekłosci. Próbowałam tez NVC – bez skutku. Tym co uwolniło mnie z impasu było uznanie bezsilności i dostęp do uczucia rezygnacji. Zrezygnowałam i uznałam niemożność. Jedyne rozwiązanie – sama je rozwieszałam tak jak chcę, żeby wisiały. I nie jestem mu za to wdzięczna. No może sama sobie, że zrezygnowałam z uciążliwej frustracji:)

 

Advertisements