Tomasz Jastrun pisze w jednym z lutowych felietonów “Zwierciadła”:

“Nadal tajemnicą jest, jak zaczęło się życie. Może lepiej, by tak zostało. Źle za mało wiedzieć, niedobrze – za wiele, też na temat swojego poczęcia. Kto z nas był planowany? A nawet jeśli tak, to spotkanie naszych rodziców, jak jajeczka z plemnikiem, było efektem miliarda przypadków. Więc i samo życie na Ziemi mogło się zdarzyć przez zagapienie. Przypadkowo stworzeni w przypadkowym wszechświecie tworzymy religie, idee, ideologie, żeby nadać temu jakiś sens. A ja tak żyję bez sensu i jakoś daję sobie radę.”

Ja nie daję rady. 

Pewnie jest to możliwe, kiedy zagłuszam swoje myśli rutyną codziennych czynności, zaplanowanych obowiązków, potrzeb wszystkich moich bliskich. Nie mam czasu na zastanawianie się, po co żyję, kiedy otaczam się zgiełkiem spraw, problemami i aferami wybuchającymi w pracy. nie interesuje mnie, po co żyję wisząc w sieci na forach, czytając cudze teksty, słuchając wykładów gadających głów, które przekonują – “Wyjdź ze strefy komfortu!”, albo – “Życie to radość! Nie ufaj religiom.”

Zatem nie daję rady, bo właśnie weszłam w wolny czas. Zrobiła mi się piękna przestrzeń do zagospodarowania . Moje ciało zastrajkowało i poprosiło o urlop.

Dalej Jastrun pisze: “Jedno jest pewne – wszystko zaczęło się w wielkiej ciszy i w ciszy się skończy.” Że niby przed Wielkim Wybuchem była Wielka Cisza? Ma człowiek przynajmniej jedną pewność, bo ja nie.

Lubię ciszę. Dorastałam w okresach ciszy i samotności na przemian z tornadem hałasu i nadmiaru emocji. Nie muszę zagłuszać ciszy. Wolę milczeć. Jak Szymborska (“Tyle jest tu próżnego gadania w świecie, pracują tu młyny słów.”)

Na szczęście po latach wydobyłam się z tańca i nie uczestniczę oraz nie prowokuję sytuacji, które mają tylko spiętrzać kłopoty, nawarstwiać nierozwiązane problemy i tworzyć ciśnienie wymagające Wielkiego Wybuchu.

Ale przyłączam się do świata bloggerów, by do młynów słów dodać swoje, jakże marne i liche. Ot przewrotność kobiety. Po co mam pisać do szuflady, jak mogę do sieci? 

Nie daję rady żyć bez sensu, a właśnie mam wrażenie, że utraciłam kierunek, coś co mnie napędza i powoduje, żeby mi się chciał chcieć.

Sens do tej pory dawało mi szukanie zrozumienia i zmiany pewnych ukrytych życiowych skryptów. To jest fascynujące – odkryć prawdę o swoim rodzie, zrozumieć uwikłanie i zatrzymać szaleństwo zwane głodem miłości.

To dalej jest fascynujące – pomóc bliskim to zrozumieć i być dla nich w odpowiednim czasie – nie przyspieszając rzeczy, ni zdarzeń.

Tylko czegoś mi brak. Zastanawiam się, za czym tęsknię. Po głowie chodzą myśli o tym, żeby dać sobie spokój na pewien czas z pracą i wyjechać, ot właśnie tak bez celu, przed siebie. Zanurzyć się w nowe, nieznane doświadczenia, spotkać innych ludzi, odkrywać te “bezcelowe” światy. 

Chce mi się czytać dobre teksty, starą dobra literaturę, nie bez powodu nagradzaną i wyróżnianą. Teraz wchodzę do księgarni i z półek krzyczą do mnie napisy Bestseller. Otwieram okładkę i po kilku przeczytanych zdaniach daje sobie spokój. Niech inni mnożą statystyki.

Ale, ale… A jak zaczęło się moje życie? O tym może innym razem.

Advertisements