Zastanawiam się nad tym pytaniem. Mam za sobą nieudane małżeństwo. Dużo wysiłku kosztowało mnie bycie wierną sobie w kawałku przysięgi “na dobre i na złe”. Poszukiwałam pomocy, rozwiązań. Cierpliwie czekałam na efekty. Równocześnie zrozumiałam swoje uwikłanie i pracowałam nad sobą. Uwalniałam swoje demony, uczyłam się rozumienia i tolerancji. Łagodniałam w surowych ocenach innych ludzi. Przestawałam się starać, zasługiwać, oczekiwać. To co robiłam zaczęło mi sprawiać przyjemność tylko dlatego, że to się dzieje. Nauczyłam sie czerpać przyjemność z bycia i doświadczania.

Przyszedł jednak czas, że uznałam swoja porażkę. Człowiek, o którym mówiłam, że jest dobry, dzielny i mądry okazał się zły, tchurzliwy i głupi. Na dodatek niebezpieczny. Musiałam chronić swoje życie.

To doświadczenie odbiło się na utracie zaufania. Zbliżyłam się do kobiet, nauczyłam sie czerpać z cudownej kobiecej energii troski, opieki, emocji. Natomiast oddaliłam sie od mężczyzn. Bezpiecznie czuje sie z tymi, którzy są w związku. Wolnym nie ufam.

Tu pojawia sie pytanie: Czy podejmowanie wysiłku w poszukiwanie nowych relacji to dorosłość? Moja koleżanka nie poddawała się i inicjowała nowe kontakty. Kilka nieudanych prób jej nie wycofało. Twierdzi, że nie chce byc sama. Podobno teraz jest w dobrym związku.

Zatem mam dylemat. Czy dorosłość przejawia sie w byciu z mężczyzną?

Jest wiele za: ciekawość odmiennego punktu widzenia, inna energia, wrażliwość

Advertisements