Godzina wieczorna, centrum miasta, ruchliwa droga, środek skrzyżowania. Zero refleksji, irytacja zupełnie niezrozumiała i wymuszenie pierwszeństwa przejazdu. O co chodzi? Co kryje się za takim zachowaniem?

Advertisements

Ostatni post Ewy zamyka program. Chyba nie dorosłam. Mam ochotę na sarkazm i złośliwość, szczególnie wobec propozycji na spotkanie z tymi, które są bardziej zaawansowane.

Daruję sobie i raczej skupię się na pięknym tekście medytacyjnym:

“Dbaj o pozytywność swoich myśli

ponieważ twoje myśli stają się twoimi słowami.

Dbaj o pozytywność twoich słów 

ponieważ twoje słowa stają się twoimi działaniami…”

Dlaczego miałam nadzieję, że chociaż przed ostatnim wpisem Ewa zajrzy na forum?

Moje problemy:
1. Ogrom treści i za mało czasu na jej realizację.
2. Sygnalizowanie komunikacji NVC, brak jej umocowania i założeń i możliwości ćwiczenia.
3. Brak forum – to na blogu nie spełnia kryterium forum.
4. Kolejne tygodnie – chyba nie do zrealizowania bez uporania się ze wcześniejszymi.
5. Za szeroka grupa docelowa.

Od pewnego czasu czytając artykuły mam mieszane uczucia. Podane treści są interesujące i ważne. Wierzę, że można je przełożyć na codzienną praktykę i będą skuteczne.

Mój niepokój wynika ze zmniejszającej się liczby wpisów i, być może się mylę, ale podejrzewam, że wiele kobiet dochodzi do ściany. To trochę tak, jakby ktoś pewnego dnia postanowił, że będzie biegać. Ogłasza to światu i słyszy: „Świetnie! Jutro mamy bieg na 10 kilometrów. Możesz się do nas przyłączyć.”

Jaki będzie efekt. Niedoszły uczestnik znienawidzi bieganie. Jeśli jeszcze nie daj Bóg jest zawzięty, to może zejść na zawał nim skończy.

Pamiętam, jaka byłam rozgoryczona lata temu na wf. Biegaliśmy do parku. Wysiadałam już na początku ścieżki. Byłam w wieku pokwitania i niestety nabrałam masy. Bieg był dla mnie prawdziwą męką. Potrafiłam przebiec może ze sto metrów, a potem już chwytała mnie kolka. Nikt mi wtedy nie powiedział, że mogę zacząć trening od przygotowań, marszobiegów, że mogę nauczyć się biegać!

Z mojego doświadczenia wynika, że bez ustalenia diagnozy dla związku nie można dokonać  zmiany. Relacja ze sprawca przemocy, albo osobą uzależniona ma swoją specyficzna dynamikę.

Polecam książkę Patricii Ewans „Toksyczne słowa, słowna agresja w związkach.”

(…)” Terapeuta może nie być świadomy tego, że w danym związku ma miejsce agresja. Często maltretowana partnerka boi się przyznać, że jest ofiarą przemocy. (…) Zdarzały się także kobiety, które mimo, że były bite przez partnerów, nie zdawały sobie sprawy z tego, że w ich związku jest przemoc fizyczna! Wydawało im się, że terapia pomoże im zrozumieć, co jest nie „tak”, i to zmienić – a wówczas nie będą już więcej bite.”

Problemem oczywiście jest przemoc. Ta osoba, której bardziej zależy, jest w stanie szybko wybaczać. Niestety nie rozpoznaje swoich granic.  Język miłości może siać w takim związku zniszczenie.

Ta miłość jest naprawdę tylko dla dorosłych!

Odczuwanie wdzieczności a jej wyrażanie to dwie różne sprawy. Przyzwyczailiśmy sie wyrażać ją przy pomocy upominków czekoladek, zapłaty. Są jeszcze tacy, którzy potrafią odwdzięczyć się wtedy, gdy nadchodzi gorszy czas. Spotkałam też ludzi, którzy nie chcą mieć zobowiązań, więc szybciutko dają za przysługę małe co nieco. Tak, żeby tylko zdjąć z pleców ciężar zależności i krzyk sumienia.

Najtrudniej przychodzi zamiana wdzięczności na słowa. Pojawia się skrępowanie, zagubienie i niepewność. O czym tu mówić. Przecież wszystko jasne. Pomaga przytulenie i spojrzenie głęboko w oczy.

Do sprawnego funkcjonowania potrzebujemy miec poczucie przewidywalności. W mojej rodzinie od pewnego czasu powtarzane jest zdanie zasłyszane w jakimś filmie – “Wszystko pod kontrolą”. Pomaga nam ogarniać lęki i niepokoje.

Szykowałam się do drogi. W nocy ładowałam akumulator, żeby samochód  rano odpalił. Niestety, nie dał rady.   Zablokowały się również hamulce. I wtedy pojawili sie niespodziewani goście. Przywieźli drewno, mimo, że nikt nie zamawiał. Poczuwali sie do wdzięczności. Pomyśleli kiedy i jak. To wielka sztuka. Przy okazji mnie kapnęło troche szczęścia. Wymienili akumulator, odblokowali koła.

Splot okoliczności?

Może tak, moze nie. Zauważyłam, że moja wdzięczność do ludzi zaczęła mieć zupełnie inny, głęboki wymiar w chwili, gdy za działaniami ludzi zaczęłam dostrzegać tajemnicze, a jednak sensowne sploty zdarzeń.

Nie chcę przez to powiedzieć, że te zbiegi okoliczności dotyczą tylko dobrych chwil. Moja rodzina ma za sobą różne życiowe tragedie. Zarówno w tym wypadku znoszenie tego ciężaru jest łatwiejsze, bo nie jest przywiązane do konkretnego człowieka. Wtedy można uniknąć wyniszczających emocji, jak nienawiść, zawiść i uznać nasze ludzkie uwikłanie w dawne wydarzenia ukryte w historii rodów.

Znoszenie tego ciężaru jest łatwiejsze, kiedy odrywam sie od własnego Ja. Ja nieustannie domaga sie “Ja chcę…”, “Ja muszę..”. Kiedy Ja znajduje sie we właściwym miejscu, kiedy uznaje własną ograniczoność i skończoność oraz obecność innych, wszystko staje sie łatwiejsze, wszysto staje się prostsze.

Szczególnie pomocne okazało się to, kiedy zrezygnowałam z pomysłu na to, jak maja żyć inni, dorośli ludzie. Dzięki temu ilekroć spotyka mnie coś miłego, przychodzi zaskoczenie i radość, które torują drogę głębokiej wdzięczności do ludzi i Temu Co Nienazwane (Miłująca Dobroć, Siła Wyższa, Los, Bóg…) Zawsze wtedy mam dostęp do Wielkiej Tajemnicy, która tak zechciała poukładać sploty zdarzeń, by ułatwic mi funkcjonowanie.

Lubię czytać Lema. Wiem, że odrzuca on wiarę w istnienie świata transcendentnego. Według niego światem żądzi przypadek i ewolucja.

Jest mi lepiej od czasu, gdy myślę inaczej. Jednak dostęp do tej wiedzy wymagał ode mnie wielkiego wysiłku i zgody na to, że zechcę sie ukorzyć, uznac własną niemoc, jeżeli nie chcę dać się pożreć nienawiści.

 

Przypadkiem w Walentynki byłam w mieście. W CCC trafiłam na błyskotki. Pomyślałam o Młodej, że mogłabym jej zrobic niespodziankę. Przypomniało mi się, że kolczyki, które ode mnie dostała, trafiły do Małej. Wybiorę coś dla siebie. Dawno nie zrobiłam sobie przyjemności. Ta bransoletka mi sie podoba. Wezmę ją.
Wróciłyśmy do domu. Młoda siedzi przy laptopie. Z głupia frant pytam.
– Zobacz, co kupiłam. Podoba ci się? – Oczy jej zabłysły.
– Pasowałaby do twojej czarnej sukienki. – Mówię dalej. Wyjmuje z opakowania i zakłada na rękę. Nic nie mówi, tylko przygląda się i uśmiecha.
– No jak? Kupowałam ją dla siebie, ale moge ci ją dać. – Nie odpowiada. Oczy jednak nie kłamią.
– Podoba ci się – stwierdzam. – Bierz. Jest twoja.
Dopiero teraz lody puściły na dobre. Zaczęła normalnie rozmawiać. Dopusciła mnie do swoich tajnych sekretów. Zaczęła zwierzać z niepokojów.

Pojęcia nie mam, czy stosowanie NVC oszczędziłoby tego typu napięć i ułatwiło komunikację. Niestety, nie udało mi się tego sprawdzić.
Mam za to trochę nowych przemyśleń na temat tego, czym jest milość.

Cierpliwością, wychodzeniem na przeciw, byciem pomimo wszystko, towarzyszeniem, nieustającym ryzykiem odrzucenia, wymaganiem, poczuciem odpowiedzialności, dostosowywaniem się, rezygnacją, myśleniem o, niepokojem, niepoddawaniem sie, balansowaniem, zauważeniem.

Może masz inne pomysły? podziel się ze mną, proszę.

Zakończenie.

Gdybym to przeczytała w jakiejś książce, uznałabym za namolną edukację. Ale widziałam na własne oczy. Dobrze, że siedziałam, gdy Młoda nam to pokazała.
Na komódce postawiła ramki na zdjęcia. W środku umieściła cytaty przepisane z notatnika Starszej Siostry. Oto jeden z nich:
“Trzeba mieć silna wolę, aby umieć oprzec się pokusom, trzeba potrafić powiedziec STOP!.Pomyśleć, co jest ważniejsze… Pomyśleć o swojej przyszłości…”

Praktyka wdzięczności jest jedna z trudniejszych, a jednocześnie wyjątkowo leczących praktyk. Pozwoliła mi dotrzeć do głębokiego kontaktu z miłością. Mam w związku z tym wyjątkowe wspomnienia związane z moją mamą. W moim wypadku istotne znaczenie miało przejście poprzez kontakt z dziecięcymi krzywdami, opłakanie ich i uwolnienie. Pozbycie sie bagażu zranień doprowadzilo mnie do uwolnienia i odwagi w odsłonięciu swoich słabości. Bo właśnie za te kilka momentów słabości, gdy mogłam doświadczyć autentycznej obecności matki w moim życiu, byłam jej wdzięczna.

Może się mylę, ale ominięcie tego procesu może być jak przycinanie zielonych listków perzu. Ten niepozorny chwast przypominający trawę, ma w ziemi gęste kędziory trudne do wytępienia.

Nie moge się powstrzymać od rozbawienia, kiedy czytałam o “prawie wdzięczności” Susan Jeffers za to, że mąż nie opuszcza deski sedesowej. “Śpiewać każdy może trochę lepiej lub troche gorzej….”

Mój bliski miał nieprzyjemny dla mnie zwyczaj rzucania na kaloryfer mokrych ściereczek. Upychał je w postaci zwiniętego gałgana i tak suszył. Ilekroć mój wzrok padał na skłębione szmaty, odczuwałam ścisk w żołądku, co najmniej jakbym zaliczyła cios w splot słoneczny. Moja potrzeba piękna była niezwykle frustrowana.

W tej sprawie wypraktykowałam wszystkie rodzaje komunikacji. Od negocjaji do złośliwości i wściekłosci. Próbowałam tez NVC – bez skutku. Tym co uwolniło mnie z impasu było uznanie bezsilności i dostęp do uczucia rezygnacji. Zrezygnowałam i uznałam niemożność. Jedyne rozwiązanie – sama je rozwieszałam tak jak chcę, żeby wisiały. I nie jestem mu za to wdzięczna. No może sama sobie, że zrezygnowałam z uciążliwej frustracji:)