Dziś mam w sobie tyle wściekłości, że udusiłabym własnymi rękami te wszystkie kobiety, które mówią swoim dzieciom: 

“Właściwie, to ciebie nie chciałam.”

Akurat ten tekst jest bardzo delikatnie powiedziany. A co powiecie na to”

“Mogłam ciebie wyskrobać i wylać do szamba!”

Kobieto! Matko! Masz to dziecko! Wpuściłaś faceta miedzy nogi, dałaś mu wejść do swojego brzucha. Nie wiem… zgwałcił cię? Namówił? Było ci wszystko jedno? A przecież stało się. Urodziłaś. I tak byłaś okrutna. Może miałaś depresję, nie kochałaś, chociaż chciałaś. Proszę, powiedz, na litość boską, czy nie wystarczy to, co robiłaś? MUSISZ JESZCZE O TYM POWIEDZIEĆ?

Mój gniew jest dziś straszny. Myśli są pełne nienawiści do kobiet, które mają pełnie władzy, władzę absolutną nad życiem poczętym i jeśli nawet nie zabiły, nie usunęły dziecka, kiedy jeszcze mogły, zabijają je cały czas po urodzeniu.

Advertisements

Od dawna w tej relacji towarzyszyło mi nieuchwytne uczucie niepokoju. Właściwie nie potrafię do tej pory powiedzieć czego konkretnie nie mogę udźwignąć, potoku słów, zmienności decyzji, pewności, przekonania że “wiem i słyszę co się dzieje oraz pamiętam w jedyny słuszny sposób, nawet wtedy gdy wypowiadam potok słów.” powoływania się na innych bez sprawdzenia, czy tak jest. Do tego stopnia czuję się zagubiona, że zaczynam być skłonna racjonalizować niezaprzeczalne fakty. 

A moje ciało od dawna mówi: bądź uważna, ostrożna, słuchaj…przyglądaj się, poczekaj na rozwój wydarzeń. Poskładaj wszystko. Zrobiłam to i już wiem. Z tej mąki chleba nie będzie.

Umrzeć, proszę bardzo. Każdy kiedyś musi odejść. Nie godząc się na śmierć własna, czy bliskich fundujemy sobie cierpienie. Niektórzy mają tak do końca życia.

Zatem, kiedy śmierć jest naturalnym procesem, wszystko O.K.

A jeśli nie jest? Jeśli jest kaprysem strażnika życia, zegarmistrza światła? Anioła Śmierci. Wisi sobie taki w niebiańskiej przestrzeni i mówi niesłyszącym głosem;”Dzisiaj twoja kolej.” Przestawia sobie ludzi jak chce, używa ich do swoich niecnych celów. Nie pozwoli umrzeć w sposób naturalny, tylko bawi się istotami poruszającymi się na ziemi.

Wczoraj rozpoczęłam remont. Musiałam opuścić mieszkanie. Fachowcy pomagali mi usunąć to, co konieczne. W ostatniej chwili chwyciłam klatkę z kanarkiem i postawiłam na korytarzu. Czułam presję. Na szczęście dzień był ciepły, nietypowy jak na październik. Ciepło, 17 stopni Celsjusza. Ktoś nagle zapytał: “Pomóc pani coś zanieść do samochodu?” i chwycił kanarka. Zaniósł ptaszka na przednie siedzenie. Wiem, że też miał kanarki. Przez myśl mi przeszło, że chyba wie, co robi.

Dotarłam do miejsca przeznaczenia. Nawet nie myślałam, że coś wisi w powietrzu. Kiedyś już powędrowałam z moim ptaszkiem zimą do rodzinki i poradziliśmy sobie. Teraz spokojnie znalazłam miejsce na klatkę i poszłam do swoich zajęć.

Po jakimś czasie zauważyłam, że mój Pirat ma czkawkę. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Pomyślałam, że poobserwuję. Po dwóch godzinach objawy nie ustępowały. zadzwoniłam do znajomego, a on na to, że pewnie zwierzątko się wychłodziło.

Zaczęłam ogrzewać, chuchać, przytulać, uspokajać. Trzymałam tak i ogrzewałam go kilka godzin.

Niestety. Śmierć nadeszła o 20.30. Serduszko nie wytrzymało.

Czuję się wykorzystana. jestem rozżalona i zła.

Zapomniałam o pudełku

Tomasz Jastrun pisze w jednym z lutowych felietonów “Zwierciadła”:

“Nadal tajemnicą jest, jak zaczęło się życie. Może lepiej, by tak zostało. Źle za mało wiedzieć, niedobrze – za wiele, też na temat swojego poczęcia. Kto z nas był planowany? A nawet jeśli tak, to spotkanie naszych rodziców, jak jajeczka z plemnikiem, było efektem miliarda przypadków. Więc i samo życie na Ziemi mogło się zdarzyć przez zagapienie. Przypadkowo stworzeni w przypadkowym wszechświecie tworzymy religie, idee, ideologie, żeby nadać temu jakiś sens. A ja tak żyję bez sensu i jakoś daję sobie radę.”

Ja nie daję rady. 

Pewnie jest to możliwe, kiedy zagłuszam swoje myśli rutyną codziennych czynności, zaplanowanych obowiązków, potrzeb wszystkich moich bliskich. Nie mam czasu na zastanawianie się, po co żyję, kiedy otaczam się zgiełkiem spraw, problemami i aferami wybuchającymi w pracy. nie interesuje mnie, po co żyję wisząc w sieci na forach, czytając cudze teksty, słuchając wykładów gadających głów, które przekonują – “Wyjdź ze strefy komfortu!”, albo – “Życie to radość! Nie ufaj religiom.”

Zatem nie daję rady, bo właśnie weszłam w wolny czas. Zrobiła mi się piękna przestrzeń do zagospodarowania . Moje ciało zastrajkowało i poprosiło o urlop.

Dalej Jastrun pisze: “Jedno jest pewne – wszystko zaczęło się w wielkiej ciszy i w ciszy się skończy.” Że niby przed Wielkim Wybuchem była Wielka Cisza? Ma człowiek przynajmniej jedną pewność, bo ja nie.

Lubię ciszę. Dorastałam w okresach ciszy i samotności na przemian z tornadem hałasu i nadmiaru emocji. Nie muszę zagłuszać ciszy. Wolę milczeć. Jak Szymborska (“Tyle jest tu próżnego gadania w świecie, pracują tu młyny słów.”)

Na szczęście po latach wydobyłam się z tańca i nie uczestniczę oraz nie prowokuję sytuacji, które mają tylko spiętrzać kłopoty, nawarstwiać nierozwiązane problemy i tworzyć ciśnienie wymagające Wielkiego Wybuchu.

Ale przyłączam się do świata bloggerów, by do młynów słów dodać swoje, jakże marne i liche. Ot przewrotność kobiety. Po co mam pisać do szuflady, jak mogę do sieci? 

Nie daję rady żyć bez sensu, a właśnie mam wrażenie, że utraciłam kierunek, coś co mnie napędza i powoduje, żeby mi się chciał chcieć.

Sens do tej pory dawało mi szukanie zrozumienia i zmiany pewnych ukrytych życiowych skryptów. To jest fascynujące – odkryć prawdę o swoim rodzie, zrozumieć uwikłanie i zatrzymać szaleństwo zwane głodem miłości.

To dalej jest fascynujące – pomóc bliskim to zrozumieć i być dla nich w odpowiednim czasie – nie przyspieszając rzeczy, ni zdarzeń.

Tylko czegoś mi brak. Zastanawiam się, za czym tęsknię. Po głowie chodzą myśli o tym, żeby dać sobie spokój na pewien czas z pracą i wyjechać, ot właśnie tak bez celu, przed siebie. Zanurzyć się w nowe, nieznane doświadczenia, spotkać innych ludzi, odkrywać te “bezcelowe” światy. 

Chce mi się czytać dobre teksty, starą dobra literaturę, nie bez powodu nagradzaną i wyróżnianą. Teraz wchodzę do księgarni i z półek krzyczą do mnie napisy Bestseller. Otwieram okładkę i po kilku przeczytanych zdaniach daje sobie spokój. Niech inni mnożą statystyki.

Ale, ale… A jak zaczęło się moje życie? O tym może innym razem.

Mam za dużo czasu?

Nieustannie błąka mi się po głowie myśl o życiu, sensie życia. Tak, zdecydowanie mam za dużo czasu. Gdybym była utrudzona każdym dniem, skołowana sprawami pilnymi i koniecznymi, na wczoraj, umęczona wysiłkiem fizycznym, kiedy ciało domaga się tylko jednego – spać! – nie myślałabym o życiu, jego naturze, sensie, dobru, złu.

W związku z tym, że jest jak jest – myślę. To, co dało mi ostatnio energię i pozwala budzić się z chęcią, to ciekawość. 

W głowie utkwiło gdzieś przeczytane zdanie na temat życia: “Traktuj życie jako lekcję.”

To podejście nieoczekiwanie do mnie przemówiło, zachciało mi się żyć, ponownie się obserwować i chcieć dowiedzieć na swój temat, wszystkiego co możliwe.

W ten sposób odkryłam wczoraj, że kontakt z pewną urzędniczką wyzwala we mnie nieoczekiwaną agresywną część. Pani zachowuje się nienagannie. Podchodzi bez ostentacji, pyta w czym może pomóc. Kiedy słyszy, że chcę by usługa była bezpłatna, zgadza się pod warunkiem, że podam podstawę prawną. Wyciągam telefon, by dzwonić, natychmiast informuje, że mogę rozmawiać na korytarzu. A ja na to: “Słyszę, rozumiem, co pani do mnie mówi.” I wychodzę. A w środku czuję, jak narasta we mnie fala irytacji, napięcia, 

O co mi chodzi? Czego się czepiam? Jest coś w tym kontakcie nienazwanego, jej woskowata twarz, powolność w ruchach, głos bez wyrazu, a jednocześnie natarczywość, absolutna obojętność, cholera – aleksytymia?

Całą sobą mówi: “Nie pomogę Ci!”, jest jak głaz, jak obrazek na ścianie.

Czego się czepiam, o co mi chodzi, skąd we mnie uruchamiająca się agresja?

Na korytarzu dodzwoniłam się pod numer, gdzie, jak się okazało, wprowadzono mnie w błąd.

Natychmiast pomyślałam sobie: “W życiu jej tego nie powiem!”. Obsługiwała mnie inna pani. Tamta siedziała obok. Jeszcze przez chwilę się ze sobą mocowałam i w końcu się poddałam. Powiedziałam o pomyłce. 

Moja lekcja?

Skąd ta agresywność? Co wypieram?, Czego w sobie nie mogę pomieścić? 

“Jeśli jesteś świadoma swojego ciała, uważna i obecna, masz większą szansę zachować się w odpowiedni sposób. Wybrać właściwe działanie.”

Podobno nękają nas trzy źródła cierpienia: chciwość, gniew i niewiedza. Tak mówią buddyści.

Wczorajszy poranek. Uruchamiam samochód i cofam. Staram się jechać wolno. Wydostaję się z cienia w obszar Słońca. Jak zwykle, by wyjechać, skręcam za krzewem migdałowca w prawo… i słyszę lekkie puknięcie. Zatrzymuję się zdezorientowana. Tam nie miało prawa nic stać! Oglądam się i zdumiona widzę niebieskie auto. Wyskakuję, podbiegam i odnotowuję lekkie otarcie na zderzaku. Zerkam na zegarek – nie mam już czasu. Rejestruję lekkie drżenie w ciele. Mam chęć uciekać, nikogo nie widzę, nie ma świadków zdarzenia. Postanawiam wsiąść do samochodu i pomyśleć. Już wiem, że załatwię tę sprawę inaczej. Nie zostawię tak. Przez głowę przemykają mi obrazy różnych sytuacji, gdy sama doświadczałam strat. 

Zgubiony portfel pełen wypłaty na środku ruchliwej ulicy – odzyskany!

Stłuczone lusterko, gdy zatrzymałam się na poboczu, by odebrać telefon, naprawione. Pan zawrócił!

Zagubiona karta do bankomatu w zupełnie nie znanych mi okolicznościach – odzyskana!

Czy z takimi doświadczeniami mogłabym ulec chciwości? Pójść za tym drżeniem w ciele?

Wszystko zaczyna się od uważności. To świadomość ciała poinformowała mnie o moich potrzebach), a racjonalny umysł podjął odpowiednie działania. Działanie umysłu może być podpowiedzią mojej intuicji. W tym wypadku było odpowiedzią na działania innych ludzi. Musiałam tylko pamiętać o swoich celach i priorytetach. Musiałam pamiętać, za kogo się uważam i jaka chcę być.

Reszta już jest prosta.

Pojawiają się nagle. Pędzą z prędkością światła. Powinny nie dać się poznać, niestety, są wyraziste. Budzą grozę. Myśli świszczące za uchem jak seria wypuszczonych z zasadzki strzał. “Po co mam się męczyć?” “Już mi się nie chce żyć.” ” Wszystko już było.” “Nic ciekawego już mnie nie spotka.” 

To tylko myśli. Nie jestem moją myślą. Poleciały. To smutek i tęsknota. I lęk. Coś się skończyło. Na zawsze. To jest sprawka depresji. Ona mnie trzyma już od kilku miesięcy i ma ochotę zamieszkać w moim domu. Ale ja jej nie muszę wpuszczać. Mogę tylko się przyglądać i znaleźć na nią atidotum. 

Cały czas szukam. Szukam czegoś, co nie pozwoli na znużenie, pozwoli się odżywić. Szukam czegoś, co nie będzie papką, Byle jakie, potokowe. 

Szukam.